niedziela, 24 stycznia 2010
Inwokacja

D.

 

Rozbieram cię jakbym tkanka po tkance
poznawał twoje ciało podczas zajęć z anatomii.

A ty taka bezradna. Coś hamuje słowa,
obcas zaklinowany pomiędzy torami.

Przystankowa wiata - koszyk ściętego białka,   
rozkłady jazdy jak śliskie sople lodu (ostatni dzienny
odjeżdża później niż pierwszy nocny).  

Rozbieram się powoli. Nic oprócz drżenia rąk,
nic oprócz iskier spod kół na przystanku.

Armia - "Podróż na wschód"

Piękni i szkaradni
Ciało i duch
Otwarci, a jednak zamknięci na klucz


link

09:43, jacobsen64 , Mjuzik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Szybka piosenka noworoczna

 

Z tym uśmiechem, twarzą w bezruchu
jest artystyczną doskonałością.


z Nabokova

 

Spokojnie, tamta kobieta nic dla mnie nie znaczy,
zwróciła moją uwagę na chwilę w sylwestra,
miała strój w stylu 80’s i całą noc się śmiała,
z tego Final Countdown - kiczowaty kawałek,

dziecięca wyliczanka, bo dziś się tylko odlicza
do wybuchów bezmyślności, fajerwerku ustawionego
nieco krzywo, w stronę okna. Teraz widzicie?

Oto cała powaga romantycznego wieczoru,  
pękła szklana bariera, gwiaździste niebo w kawałkach,

(które z nas odbija się w którym kawałku?).
Ona mówi do mnie zostaw, ja posprzątam,
nie można dzielić się z ludźmi zbieraniem odłamków?

niedziela, 17 stycznia 2010
Dwa wiersze o tolerancji

Aleksandra Zbierska

W STRONĘ HETERO

obracam się na brzuch i zasypiam z
dupa odwróconą do sufitu
tak dla odmiany.


Charles Bukowski



wyrzuć z siebie kurew, która ci wmawia, że jesteś homoseksualistą
i pojawi się forma. i jakże smutny będzie ten dzień, kiedy zasiądziesz

do stołu, jak ludzie, którzy jedzą dużo, bo wcześniej nie mieli nic,
i smutny będzie następny poranek, kiedy znów zasiądziesz, jak tamci,

i będziesz pił, jadł i pił, i spróbujesz cos zrobić na zapas i na tym tylko
się skupisz; a karp, którego za chwilę wyłowisz z wanny będzie próbował

krzyczeć, ale Charles Bukowski powie ci, że możesz go sobie wsadzić,
po czym zaśnie w żelatynowej kołderce na półmisku cwibel&mustel

należąc do grona portaw wykwintnych i pracochłonnych - i już
po wszystkim, ale spróbuj stamtąd wyjść, i przez neurotyczne okno

też spróbuj choć będzie strasznie wysoko, i w ogóle się nie otworzy,
a Charles Bukowski będzie się z ciebie śmiał, że masz za krótkie nogi.

 

 

Jacek Kukorowski

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH (GNIEW)

 

 

po pierwsze tolerancja

dla czarnych i czerwonych kartonów
rozsypanych po ulicach mojego miasta
dla kolegi który pieprzy bez sensu
i sąsiadki z zepsutym kotem

dla przykutych do drzew annabergu
dyslektyków diabetyków albigensów
wierców kobierców psów
kobiet w dziurawych rajstopach
i słoni zamkniętych w słoiku


po drugie tolerancja

humanizmu przez duże ce-ha
odmierzania odkwaszania
darcia parcia racji
deklamacji nacji i kolacji
dla kolegów mojego brata
i kapsli na zielonych butelkach

swobód wzlotów i odlotów
wnętrza i zewnętrza
dekadencji impotencji
prostaty sałaty i ciała agaty
embrionów kokonów
przedwczesnych zgonów
oraz brzuchomówców z telewizora


po trzecie tolerancja
dla poetów i kiełbasy w wielki piątek

dotykają mnie pięściami
kiedy tłumaczę słowo afirmacja

wtorek, 29 grudnia 2009
Wiersz na nowy rok

WIERSZ O CHOWANIU WRÓBLI


Things should be buried, she said.
They can’t be left anyhow for the people to see.


Sheila Watson, Antigone



Tak jak ty, ptaszynko, przecinać będziesz powietrze,
tak ty, robaczku, przemierzysz puste kości. Ale nie tutaj,
dziewczynko, na boga,
ludzie mówią,
że ptaków nie wolno więzić


nawet po śmierci. Gdy będziesz, dziewczynko, dotykać
martwych rzeczy, mały szary ptak zarazi cię szaleństwem,
będzie ćwierkał obsesyjnie do ucha jak Antygonie

o pogrzebie brata. Aż wyrosną ci skrzydła
i nie będziesz umiała ani jeść, ani pić, a twoje ciało
i tak będzie zbyt ciężkie, twoje ręce

za mało sprawne. Będziesz chciała wzlecieć,
zamiast tego podepczesz wszystkie robaczki,
które chciałyby przemierzyć puste fletnie skrzydeł.

 

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Piosenka na Nowy Rok

VNV Nation "Perpetual"


No need of sun to light the way
Across the ages, we have reigned as we endured
Through the storm fronts we will ever surely pass

You have always known
That this is not all there is
To your questions there'll be answers

Let there be, let there always be
Never ending light

11:02, jacobsen64 , Mjuzik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 grudnia 2009
Wystawiona na słońce. Magda Gałkowska, "Fabryka tanich butów"

Zaiste, okładka może wydawać się myląca. Choć świetnie jest zgrana z tytułem, pewne rzeczy na okładce mogą wydawać się sprzeczne, mówię tu o współistnieniu jaskrawego layoutu i blurbu Darka Foksa "Nie należy wątpić w swoje wspomnienia (...) Gałkowska zapisuje je bezpretensjonalnie i czule". Do tych sprzeczności zresztą wrócimy, one są właściwie pozorne. Ale jedno jest pewne: Darek Foks sugeruje, że nie będzie fajerwerków, sztuczności - będą po prostu wspomnienia. Po prostu to, co się wydarzyło. Nie będzie tu metafizyki, mistyczności, niezliczonej ilości odwołań intertekstualnych, inter i introkulturowych. Będzie o tym, co było i tylko o tym, bo tylko to było ważne dla autorki. Bo kokietowanie czytelnika rzeczami ważnymi "dla niego" byłoby po prostu nieszczere.

O tym, że waga problemów opisywanych w książce jest tylko pozornie nieistotna obwieszcza nam już pierwszy tekst. "Dziś pan przyszedł do mnie". Z takim błogosławieństwem - nic, tylko pisać, nie ma innej rady. Trzeba wystawić twarz na słońce, jest jakaś prawda, z którą trzeba się zmierzyć. Najpierw nieco bojaźliwie ("bała się ognia i piór", "odebrała sobie mowę"), w miarę upływu czasu coraz śmielej, na końcu już w sposób pełny i zdecydowany. "A jeśli nie oddałeś jeszcze wszystkiego...". Jeśli nie oddałeś - to oddaj, zmierz się, daj się ponieść. Ale nie w taki sposób, jaki sugeruje podmiot liryczny na początku. "Odebrała sobie mowę, bo musiałaby zabić". Nie będzie zabijania, będzie kilka mocnych słów, ale słowo "śmierć" nie będzie wprowadzone w czyn. Będzie zamknięcie, ale nie będzie destrukcji. Wręcz przeciwnie - jeszcze wrócę do tych wspomnień - będzie konstrukcja i dekonstrukcja, która pozwala się z pewnymi rzeczami pogodzić.

Wypełniam jak kolorowankę

Więc jednak okładka jest tylko pozornie myląca, autorka musi sobie wspomnienia przypomnieć, nadać im życie, kolory - ważne jest jednak, że nie ma się wrażenia, że Magda Gałkowska robi czytelnika w konia.

Jak już mówiłem, to jest prosta historia. Gdzieś krąży po Internecie wywiad sprzed roku z autorką, która nieco wtedy speszona otrzymaną nagrodą, zwierzyła się, że jest to po prostu historia o kobiecie, w sumie takiej, jak każda inna, ale jedno jest pewne - jest to historia, która MUSIAŁA zostać napisana. Trzeba było wypełnić "ramy obrazów których nie widać", przeżuć i spalić te obrazy, które "przesuwają się za oknem". Dlaczego? Żeby się uwolnić? Żeby załatwić jakąś osobistą sprawę? Nie wiem, o to by już trzeba zapytać autorkę. Ale to jest historia, której się wierzy, mimo że w ogóle czytelnika nie kokietuje, nie ogląda się. Dla niektórych może być to zresztą historia nieciekawa, zbyt zwyczajna, zbyt mało pieszcząca estetyczne zmysły, które domagają się nawałnicy metafor i chwytów, gierek i podpuchy. Magda Gałkowska postępuje dokładnie odwrotnie - wszelkie niepotrzebne elementy wycina, precyzuje i cyzeluje, aby powiedzieć to, i tylko to, co trzeba. Dzięki tej precyzji powstają zresztą teksty nienaganne technicznie i formalnie.

Z drugiej strony jednak te skrawki wspomnień swoją różnorodnością nadrabiają "chropowatość", "surowość", odarcie z fajerwerków. Mamy teksty prowadzone spokojnie, mamy teksty pisane "w biegu" jak "Warszawa", mamy monumentalne "Via con dios" i "Magdalena", mamy też teksty nie pierdolące się w półsłówka ("Venganza", "ARh+") skontrastowane z bardziej enigmatycznymi. Autorka nie ustrzegła się w tym wszystkim tekstów słabszych, jak "Negatyw", "Umarli nie zapalają zapalniczek", czy "Puzzle". Jednocześnie mamy świetną "Warszawę", wzruszającą "Magdalenę" i "Mam świat i ciebie na myśli" czy uwodzący swoim rytmem "Obraz". Nieistotne są zresztą szczegóły. Ważne jest, że książka powstała - bo zdaje się, że nie było innego wyjścia. I dobrze. Są wiersze, jest głos pewny i autentyczny - i w tym momencie nieistotne jest, kto da się mu uwieść, a kto nie.

Magda Gałkowska, Fabryka tanich butów, Kwadratura & SPP Łódź, 2009

 

PS. Ksiązka do kupienia tutaj:

http://www.poczytaj.pl/164036?sesja=54019055814

10:59, jacobsen64 , Recenzje
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 grudnia 2009
Dwa wiersze o kłamstwie

Bułat Okudżawa

TRZY MIŁOŚCI


Pierwsza miłość z wiatrem gna, z niepokoju drży
Druga miłość życie zna i z tej pierwszej drwi
A ta trzecia jak tchórz w drzwiach przekręca klucz
I walizkę ma spakowaną już.

Pierwsza wojna - pal ją sześć, to już tyle lat.
Druga wojna - jeszcze dziś winnych szuka świat
A tej trzeciej co chce przerwać nasze dni,
Winien będziesz ty, winien będziesz ty.

Pierwsze kłamstwo, myślisz: Ech, zażartował ktoś
Drugie kłamstwo - gorzki śmiech,
śmiechu nigdy dość.
A to trzecie, gdy już przejdzie przez twój próg
Głębiej zrani cię, niż na wojnie wróg.

 

Magda Gałkowska

WSZYSTKIE WOJNY ŚWIATOWE TOCZĄ SIĘ ZA PLECAMI

wysokość stołu sugeruje możliwości.
sztuką jest osiągnięcie 90 stopni
w kącie złożona jak dłonie do modlitwy
bigger better faster more
krzyczą angielki które umieją krzyczeć
jeśli wszystko mieści się w ustach.

intelektualiści oddychają przez nos.
nie lubią się odwracać patrzeć w twarz
z każdym ruchem wbijają słowo.
akupunktura pozornie sterylnych igieł
i mdląca woń wyczuwalna w powietrzu.

nie pachnie się przy próbie sił ani w odwecie
za ilością wystawionych sztuk stoi ból.
można myśleć o czarnym psie z obnażonymi kłami
zdjęciu zrobionym trzy lata temu poezji
wymykają się obcięte krótko włosy.

bigger better faster more
nie krzyczą angielki które nie umieją krzyczeć
jeśli nic nie mieści się w ustach.

czwartek, 24 grudnia 2009
Dwa wiersze o zimie

Mariusz Grzebalski

STAN SKUPIENIA

Za oknem dozorczyni krzesze iskry,
tłucze w krawężnik szuflą
do uprzątania śniegu.
Maże się, nienawidzi siebie i innych,
smarka w brudną szmatkę,
wspomina inne święta -
kaczkę ze śliwkami
rozpływającą się w ustach.


Śnieg zmienia się w lód,
lód kamienieje.


Zadzwonił telefon, obudziłem się,
ale nie poznałem głosu w słuchawce.
Gazeta jak martwy gołąb na niepościelonym łóżku,
niepościelone łóżko w pustym pokoju.

Z tomu "Niepiosenki"

 

Teresa Radziewicz

BIEL, BIEL, BIEL

Powietrze zagęszczone mrozem, drzewa wciąż jeszcze
pokryte gęsią skórką, niebo spłowiałe na obrzeżach
jak często używana serweta. Prześwietlone ściany
odbijają się od dachów rozpuszczonych w ciemnym tle.

Zgadnij, gdzie się kończą - bawimy się w "znajdź
szczegóły, które różnią". Cień wchodzi na pola,
tęsknimy za wybarwieniem, za inną bielą; zakwitną
niech śliwy i grusze, zazielenią się, a niebo zacznie
przypominać otulone watą niebieskie skorupki naczyń.

Mróz czyści powietrze, które staje się tak czytelne,
że aż kłuje w oczy. Nad ciemnym zakończeniem
horyzontu nieco sprany błękit, linia lasu prowadzi
do linii tego, co utrzymuje w nas równy rytm.

Z tomu "Lewa strona"

poniedziałek, 21 grudnia 2009
Na pohybel nudziarzom i odmierzaniu. Joanna Lech, "Zapaść"


Bardzo udana okładka, na niej dwa blurby: dość mętny i mało konkretny Maćka Meleckiego oraz Karola Maliszewskiego, znacznie trafniejszy i bardziej treściwy. Ergo: możemy przechodzić do lektury tomu bez większego szwanku na zdrowiu.  A co jest w środku?
Po lekturze Zapaści Joanny Lech mam uczucia klasycznie mieszane. Niczego innego się nie spodziewałem, a jednak zdecydowałem się zmierzyć , bo lubię wyzwania.  I, szczerze mówiąc, poległem - bo mam subiektywne odczucie że tego tomu po prostu nie lubię. A jednak trudno mi się nie zgodzić ze zdaniem Karola Maliszewskiego -  że "w pewnym sensie się udało"

Co się udało?  Przede wszystkim coś zamanifestować, zamanifestować swoją poetycką osobowość, może nie unikalność, nie oryginalność, bo jest to pewien typ wizyjnej poezji, który już został zapoczątkowany, pewne poszukiwania przez Honeta czy Kuśmirka już zostały podjęte - tutaj jednak Joanna Lech robi to trochę po swojemu, młodzieńczo, nie bojąc się mocnych słów.

Balansowanie, zawieszenie - to być może słowo klucze. Moja ulubiona fraza z tego tomu - to chyba o śnie, w którym maki ani nie kwitną, ani nie więdną - i gdzieś w takim śnie znajduje się peel tego tomu. Może zbyt banalne byłoby mówić, że "koszmarze" - ale jest to stan niepewności, zawieszenia, zagubienia - bo ten świat jest przecież obcy, a jednocześnie woła, by się zaangażować, by przeżuć go, a dopiero potem wypluć.

Jest rozkład, ale jest jednocześnie obsesja, by z tego rozkładu "wydrapywać słowa" (znowu odwołam się do Pana Karola). Gnicie, śmierć jest jednocześnie odpychająca jak i pociągająca - albo nie tyle pociągająca sama w sobie, co pociągająca za sobą. Chociaż, właściwie sam nie jestem pewien, czy bardziej jest to stan, w którym podmiot liryczny chce wejść mimowolnie, czy są to obsesje, nad którymi nie ma żadnej władzy.

W każdym razie, mimowolnie czy nie, peel musi się w ten świat zaangażować, niezależnie czy sam to robi, czy to ten świat go "wciąga" jak czarna dziura. Jest to zarówno wada jak i zaleta tego tomu - zaleta o tyle, że jest to tom bezkompromisowy. Z drugiej strony zabrakło w tym równowagi - zarówno w niektórych pojedynczych wierszach, jak i w całej książce - jakby konsekwencja w realizowaniu takiej a nie innej poetyki doprowadziła trochę do "pisania na jedno kopyto". Gdzieś w okolicach dwóch trzecich książki miałem zwyczajnie przesyt tymi wierszami, mocnymi obrazami, obsesjami, które pojawiają się tyleż uporczywie co uparcie, tom jest w tym wszystkim tyleż konsekwentny, co zjada własny ogon.

Jednak, podtrzymuję, w pewnym sensie się udało. Przydałoby się w następnym tomie Joanny Lech pewnie więcej różnorodności, więcej powściągliwości, która w tego typu poezji wcale nie wprowadziła by nudy - wręcz przeciwnie. Ale jedno jest pewne: nie jest to poezja odmierzana "tępą wsuwką do włosów" jak gdzieś już było zapowiadane. Zastanawiam się, czy Joanna Lech odmierzała tu gdziekolwiek i cokolwiek.

14:14, jacobsen64 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4